wtorek, 3 kwietnia 2018

Los poety, czyli o sławie podupadłej jak historyczne tynki



   (foto: ceskatelevize.cz)

    w odpowiedzi na gorzkie żale poznańskiej poetki MG

   Bohaterowie Gromnicy nie zapomnieli kelnerki o wdzięcznym imieniu Jarka, z restauracji hotelowej Brix, w Karlovych Varach. Przy ulicy Nakladni, nieopodal Brixa, mieścił się hotel robotniczy, mieszkańcy tej noclegowni zadymiali Brixa do późnych godzin nocnych. Kogo tam nie było? Podejrzane typy z okolicy, Cyganie z instrumentami, wdzięczne za każde postawione piwo - panienki, w przedziale wiekowym wszystkich generacji. Jak w poezji -  wiek nie ma znaczenia, po kilku piwach i małej wódce tego wieku nie widać, jest zamazany. Mój skromny rekord to siedemnaście piw, pewnej mroźnej niedzieli wypitych w towarzystwie dwóch takich, co nigdy nie wylewają za kołnierz. Beda i Hujaga, obaj z Poznania mieszkańcy dzielnicy Junikowo, przepijali wszystkie zarobione bony dolarowe, Jarka stawiała im kreski na podstawkach podwójnie, bo widoczność mieli zwykle, potrójną.  Nie wiem, co mnie wtedy skłoniło, aby tam spędzić całą niedzielę, chyba muzyka cygańska, której pragnałem jak czterogwiazdkowego koniaku.

Po latach jak po kilku wojnach - człowiek czuje się jak weteran nikomu już nie potrzebny. Nikt z nim nie wypije piwa ani kieliszka wódki bo ci, którzy jeszcze mają kawałek wątroby, najczęściej pchają przed sobą balkonik. Pchają ten balkonik do przychodni lekarskiej albo w kierunku cmentarza z zamiarem odwiedzenia kolegów. Bo na cmentarzu żyje się dłużej, podwójnie się żyje, bo na cmentarzu śmierć nie poluje. Jeśli człowiekowi sił zabraknie, może spocząć na ławeczce i poczytać epitafia? Poeta czyta eptafia i wraca do domu wszystko sobie pokładać, od początku do końca, aby w snach nie było bałaganu, ponieważ chronologia jest rzeczą świętą.

Niech to wszystko diabli zabiorą. Przecież jeszcze nie mam w ręku laski? Ale piwa nie piję bo jest gorzkie jak trud robotniczy klasy przewodniej. Klasa ta obecnie jest nadal przewodnią, ale już nie robotniczą? W wierszach "sekretarz" tkwi jak chochlik drukarski, cenzor udziela wskażówek gdzie stawiać przecinki. Trzeźwość przeze mnie przemawia. Niewskazana w wierszach. Gdybym miał więcej zdrowia; Poznań nie miałby spokoju, jednak moich knajpek już nie ma, nie ma już dziewcząt z Arkadii, ale są dziewczęta z Dąbrówki? Tutaj mój język zwija się w liść jesienny. Szeleści pod stopami młodość, w oczy rzuca się miłość w postaci nielicznych artefaktów, które jeszcze cudem się uchowały. W Karlovych Varach nic po mnie nie pozostało, zresztą co pozostało po mnie na Dębcu?

Zima bez białej sukni, miasto w okowach mrozu - to dobra sceneria dla poezji, która nie potrafi odnaleźć się w czasie. Nie docenia czasu jako partnera. Przestrzeń poeta musi pokonywać sam, dlatego schodzi z tego świata jak zbity pionek na szachownicy. Kratki,  i linie proste jak ostrze żyletki, słowa zawiłe jak pędy zawilca? Odchodzisz bez odpowiedzi na zasadanicze pytanie. Po co? Jutro jest powtarzalne jak miłość, ale nic z tego nie wynika, chyba za horyzontem skupiło się wszystko do zdobycia, za cenę samego siebie. Powtarzam za kolegami z Brixa: "wypijesz, pojedziesz", nie wypijesz będzie ci sucho na duszy, we śnie przychodzić będą do ciebie duchy, których jedynym grzechem był grzech zaniechania. Zaniechać poezji zaangażowanej w dobie nieograniczonej poprawności?  Pukam do drzwi czytelnika jak piechur a mógłbym pukać w przebraniu clowna.


JBZ

 
     

poniedziałek, 12 lutego 2018



Rytuałów nie będzie



    Są w kraju poetki, o których poezji niewiele mogę napisać, bo niewiele wiem, mimo zaczytywania się, co jakiś czas ich tomikami. Powroty do poezji trudnej w przekazie, są jak wędrówki donikąd, chociaż cel, jaki mi przyświeca jest bardzo ambitny, żeby nie powiedzieć - ambiwalentny. W jakim stopniu akceptuję lub odrzucam twórczość na rzecz osoby autora i na odwrót – przeciw niemu? Tutaj też jestem kropce i nie znajduję dla siebie jakiegokolwiek usprawiedliwienia stając prędzej czy później przed faktem bezpośredniego kontaktu z osobą autora?  Zatem muszę jakoś pogodzić znaczenie misterium z ideą obrządku - jak już niektórzy mogli się zorientować, że chodzi tutaj o twórczość Beaty Patrycji Klary i Barbary Janas-Dudek. I nie tylko. Wcześniej w czasach zamierzchłych musiałem odpuścić znanej poetce Urszuli Małgorzacie Benka, za cholerny „dandyzm”. Taki już mój los feministy, jakby za karę, nigdy z wdziękiem odczuwalnym podchodzę, raczej się czaję przed poetycki cokół, aby coś konkretnego skrobnąć i przy tym zachować własną głowę na karku? Czytam wiersz po wierszu i znajduje poetkę w stanach odmiennych, w całej rozciągłości huśtawki nastrojów, ale trzeźwej i uważającej na to, co mówi. A mówi wbrew sobie, że niewiele mówi, raczej każe słuchać swojego milczenia, bo podobno w milczeniu potrafi powiedzieć najwięcej: dzisiaj jestem sobą, więc słuchaj, czego nie powiem, czytaj między grymasem, przygryzioną wargą a tym, co wypływa mi z ust/…/ Czyżby mowa ciała, które najlepiej i najskuteczniej potrafi wyrazić ból spowodowany nie tylko fizycznym działaniem?  Adwersarz jest jednocześnie winowajcą i cierpliwym słuchaczem „milczenia” poetki, która ubolewa”: /…/muzyka, która rodzi się między nami jest rzewna, nie pójdziemy razem, przede mną nie ma świata. za mną nie ma ciebie/…/. O kim mowa, i do kogo te słowa są adresowane. Demiurg, Zbawiciel, Salvador, Mąż? Każdy z wymienionych pasuje poetce do nadania rangi słowom, które tutaj wypowiedziała, lub przemilczała. Jeśli mam dokonać wyboru, stawiam na Boga, ale nie jestem do końca zwolennikiem takiego spotkania w chwili tragicznej śmierci? Ów piorun (wyładowanie) niekoniecznie musi być jedynym rozwiązaniem, a może chodzi tu o wyładowanie napięć wynikających z miłosnych uniesień, z wyczekiwania na supernową lub grom z jasnego, domowego nieba? Poetka prowokuje czytelnika (w mojej osobie) jakby sądziła, że jest aż tak łatwowiernym? Niezbadana natura kobieca jest deklaracją na wyrost, kamuflaż, skóra, w jaką przywdziewa się tutaj podmiot liryczny jest przeźroczysta, o czym poetka z Chorzowa nie wie, albo jej się to udało bezwiednie w trakcie miękkiego wchodzenia w metaforyczny temat. To z mojej strony tylko podejrzenie, myślę, że to „zlepianie się w środku” zapoczątkowane w dzieciństwie jeszcze trwa, czego dowodem jest przesłanie dominujące w omawianej książce. Klary w podobny sposób buduje napięcia w swoich wierszach, ale nigdy nie zdejmuje maski, poetka z Chorzowa nie musi zdejmować swoich masek, bo jak już wyznała – jej ciało niczego nie potrafi ukryć.  Stąd jak mniemam musi kiedyś w końcu dojść do rytuału. Wieńczącego długi okres mistyfikacji z udziałem najbliższych osób, Bogu ducha winnych? Przerażam samego siebie, i chciałbym pomóc poetce w porządkowaniu słów, co według niej jest niemożliwe, zanim dojdą do logicznego składu zgniją, a ten, na którego liczy, nigdy nie zaprosi jej do wiersza.

    Wieszczba, wróżebność, sięganie po rekwizyty mistyczne, przywróci kilku tysiącom wiarę (urodzi Chrystusa), a potem wyjdzie przez szczelinę i pozostawi jedynie zapach i cień. To bardzo dużo i zarazem bardzo mało, jeśli brać pod uwagę cały ten niedostatek fizycznego ciała, które może więcej dać aniżeli wziąć? To jest moim zdanie zaczyn źródłowy tego tomu, zaczyn, który powstaje w trakcie codziennych domowych „rytuałów”, a puentą - dopiero zasygnalizowaną będzie w przyszłości RYTUAŁ - ten dokonujący uwieńczenie ostateczne, w niewiadomym miejscu i w wyrazie, słowie trudnym do określenia. Poeta zwykle kłamie, więc można jej wierzyć nawet między akapitami, między kropką a jej brakiem, a i między wierszami. Przynajmniej ja dostrzegam „wysoki cień” słodkiego miłosnego Igrzyska, chociaż poetka bezpośrednio o tym nie mówi?
Coś, wobec czego nie można przejść bez komentarza.  „Zastępczy samochód” jak zastępcze ciało albo nowe mieszkanie bez oświetlenia. Cud, że żyję, wychodząc z nie swojego ciała, moje dramaty nie będą dramatami innych, bo któż wsiądzie do „rozbitego samochodu”? W poezji można przyspieszać, można hamować, ale nie można nie wsiadać, zawsze jest jakaś cena i jest jakaś ofiara w ostatecznym rozrachunku, z pewnością nie nadaremna. Choćby wnioski, których trzeba najpierw doświadczyć /…/ stanęliśmy na głowie zapominając o nasionach/…/. Takich mądrości w tomie Barbary Janas – Dudek jest bez liku. Drugiego czerwca nie może już nigdy się powtórzyć. Data, którą należy wymazać z pamięci, wiersz ma jednak wieczną pamięć.
„Słowo może unieść wszystko” mówi poetka „kilka milimetrów nad ziemią” wcielając się w pozycję larwy, która kiedyś odleci motylem? Ze snu mężczyzny, któremu pozwala na osobność? O ten moment chodzi, może nie w połowie czegoś, aktu, związku dorastania do dojrzałości, niezadowolenia a może przesytu. Na wyrost kroi swój łach pokutny, obarcza siebie winą, która bardziej przypomina ofiarę złożoną w domu, w każdym miejscu lirycznego odosobnienia. Rozumiesz mnie albo tolerujesz, mimo to „zgarniam pokarm z twoich ust i otwieram się na więcej”?  I tutaj mam wątpliwość, kto to mówi, poetka czy żona, na pewno matka, ale relacji emocjonalnych jak na lekarstwo, jedynie nadopiekuńczość i instynkt samozachowawczy, w chwilach zagrożenia. Może coś więcej między wierszami, może podtekst, drugie dno związku, a może kreacja osadzona na realiach jednak bardzo wytłuszczona w zbiorze przyziemnych spraw, bliskich obcowania.
Nieodparcie wkraczają do mojego myślenia dwa inne tomy wierszy, zbliżone stanem powagi poetyckiej, jeden po utracie bliskiej osoby, drugi porządkujący jakby domowy nieład. Scalające coś, co wymaga jedności. „Zabawa w chowanego” i „Układ scalony”.  Ten drugi jest dziełem debiutanckim nomen omen poety chorzowskiego P. Barona. Wszystkie mają wspólną płaszczyznę zmagania się podmiotu z trudną do opanowania materią. W przypadku Barbary Janas – Dudek, są to zdarzenia, które ją zainspirowały do natychmiastowego odreagowania piórem, chociaż obok twardej postawy dostrzegam dozę bezradności a niekiedy rezygnację wobec faktu przemijania, faktu ułomności ludzkiego ciała, optymizm niesie liryka jakby zakamuflowany w niej radosny zwiastun totalnego wyzwolenia. „To minie” „wspólne gotowanie” się w kierunku stygnięcia, mimo że wcześnie było „stąpanie na palcach, żeby nie spłoszyć” tego co jest zapoczątkowane „wieszczbą” znaną od lat maksymą, w wymiarze ograniczonym do ogniska domowego. Typowy syndrom wieku średniego nie tylko poetów? Galopujące później w kolejnych poetyckich książkach. Coś o tym wiem.
Poetka z Chorzowa zaskoczyła mnie szczerością, chociaż wykonała tytaniczną pracę kamuflażu, w metaforycznym uniesieniu przechodziła w ten sam sposób do parteru, tylko po to, aby uniknąć patosu, banału, z którego przecież składa się nasze życie, zwłaszcza domowe. Czytając jej lirykę z omawianego tomu lawiruję miedzy słowem a przemyśleniem, nie jest ważne to, co wyrażają słowa, za słowami kryje się przemilczane, bo intymne i własne przyklepane wiarą, przyrzeczeniem, więzami krwi? Ale zawsze, co jakiś czas, przebija się w tekstach retoryczne pytanie:, po co to wszystko? Jak „przekątna graniastosłupa”, skoro mam czterdzieści lat i z każdym dniem jestem coraz mniejsza i „stwarzam pozory młodszej” Nie, to jeszcze nie jest „rozdroże”, tutaj mogę poetkę z Chorzowa pocieszyć, ponieważ w przeszłości w dużo młodszym wieku w pewnej poetce „wykluwała się staruszka” I to w sposób taki, że do dnia dzisiejszego nadal jest młodą jak jej poezja?  Albo druga poetka, która wstąpiła w jesień – taką deklarując postawę w kwiecie wieku. Margines jak sądzę uzasadniony z tą wstawką. Cóż można powiedzieć wobec takiego stanowiska: „wczoraj odmówiłam mu obcowania z moim starym ciałem”, wczoraj – prostuję – moje młode ciało stało się obiektem pożądania. Takim pragnie być postrzegane, nasycone poetycką duszą. Wykrzyknik.
Jeśli poezja - to na pewno prawda, w tym konkretnym przypadku - dawno takiej prawdy nie miałem w rękach, chociaż w podobnym tonie i schematach, czytałem wiele wierszy wydanych w zwartych formach. Już w „Zakładzie pracy chronionej” poetka zasygnalizowała, coś zupełnie nowego w poezji naszego czasu. Omawiany tom składa się z rozdziałów, na początek bez tytułu z wierszami wprowadzającymi w filozoficzny program poetki, uświadamiający czytelnikowi, że nie będzie to łatwa lektura. Korzenie, raczej drobiny białka, od których poetka zaczyna budować swoją postać liryczną: wszyscy wyszliśmy z wody, więc cztery lata deszczu nie powinny wyrządzić nam krzywdy./…/ Kataklizm, przestroga potopu, zagłady, ale wszystko można jeszcze naprawić, albo to już miało miejsce, biblijne, i wszystko zaczęło się od nowa. Od komórki do narządu, potem do komórek umysłu. Dalej obraz z martwymi przedmiotami, nikogo nie ma, nikt się nie tuła po korytarzach, nawet sny są niczyje, nikogo już nie będzie, zapomni się o nikim.   W „drugim obiegu” wszystko dzieje się na pustelni, podmiot czyta z kałuż, nie prowadzi tutaj żadna droga, nic nie jest uporządkowane, żywe istoty jedzą z martwych rąk?      Zastanawiam się, o co tutaj poetce chodzi, pejzaż po hekatombie nie jest pejzażem rozbitej materii, może po głębokiej analizie poetka doszła do wniosku, że są w człowieku niezbadane rewiry, które wymagają określeń, dopominają się o nowy język?  A może tylko o język chodzi, poetycki, z bełkotu powstałeś, aby obrócić się w artystyczny ład. Może poetce chodzi o wykreowanie własnego języka poprzez szczególną metaforykę zdarzeń, nie wyrazów, i nie obrazów, i to na płaszczyźnie bytu w czasie? Byt, w odwrotności do czasu, sens bytu w odniesieniu do czynności i procesów fizjologicznych, jak w tym wszystkim, w tych uwarunkowaniach ma się odnaleźć poeta, pozbawiony empirycznych doświadczeń? Heidegger, jako kierunkowskaz potraktowany przez poetką z politowaniem?  Na nic mantry, mudry, totemy. Bóg, kłamstwo, droga nie wiadomo którędy. I tylko krok do obłędu, powrotu do pradawnych korzeni: /…/bliżej jej do dzikuski, sterczą jej włosy, po drugiej stronie domu postawiono szubienicę./…/  Trendy traumatyczne, syndromy prowadzące do niepokojów, zwidy, przewidzenia, ciągły niepokój i próby powrotu do równowagi? Niewątpliwie bardzo widoczny chaos w początkowych wierszach jest zamierzony. Poetka wyszła na scenę i kontynuuje swój spektakl (nie monolog) wyrzuca z siebie tę drugą liryczną, która próbuje ingerować w jej życie rodzinne.  Fizyczna płaszczyzna porozumienia jest silniejsza od duchowej, „po drugiej stronie domu” znajduje się to najgorsze, dramatyczne, surrealistyczne. Czym jest ta druga strona domu, z pewnością drugim, równoległym życiem, na które składają się przedmioty destrukcji, w tym także poezja, która przecież wyzwala nie tylko aniołów, także demony?
   Przyznam, obcuję z poezją już pół wieku, jak dotąd poza nielicznymi przypadkami, tak głęboko osadzonego podmiotu w mojej niewiedzy, nie spotkałem. W drugim rozdziale: „na palcach żeby nie spłoszyć”, poetka umieściła cztery wiersze, bardzo enigmatyczne, obsesyjność podmiotu reagującego na bliżej niezidentyfikowane obiekty. Tylko spokój gwarantuje „ich” nieobecność, choć na chwilę, „kolorowych na zewnątrz, szarych w środku”. Nie są to „białe mrówki” odkąd podmiot milczy nic się nie dzieje z dłońmi, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wreszcie odejdą, wraz z dojrzewaniem świadomości, znikną z twarzy podmiotu, przyjdzie czas „dogasania malowania ścian na dojrzałe kolory”?  Odejdą na zawsze.  Język, największe udręczenie poetki, ktoś nim steruje, wprowadza w obce obszary, w których poetka określa siebie i nie znajduje właściwego imienia. Czas dojrzewania nie tylko osobowości, także własnego języka lirycznego, który jest udręczeniem w obszarze egzystencjalnym, banalnym i oczywistym dla każdego. I dalej „dziura” nic do rozpoznania, więc przeskok do „paliatywu”, ale znów w połączeniu materii i ducha. Ani jedno ani drugie nie należy do sfery zadowolenia podmiotu, zbyt mało jest wartości współegzystujących ze sobą, skoro osiada na nas pył przeszłości, tryb naszego życia toczy się w przeciwnym kierunku. Jesteśmy coraz bliżej wejścia! Tynk zakryty nowym słońcem?

   Barbara Janas-Dudek popełniła książkę do gruntownych przemyśleń nad złożonością psychiki, od której zależy jakość dzieła artystycznego, przy jednoczesnym zmaganiu się z obowiązkami przyziemnymi. Jest tutaj doza jakiejś nierównowagi w chwilach. które o czymś decydują, powaga i znaczenie śmierci, choroby. Stosunek kobiety do mężczyzny, matki do dziecka, poetki zaniepokojonej skutkami przemijania, jednocześnie tęskniącej za „początkiem” w wodzie, w powietrzu lub w ziemi. Tam gdzie życie wzięło swój początek. Pragnie podążać bardziej w kierunku wejścia niż do wyjścia. Jak do tego ma się jej język, czy podołał udźwignąć zamierzenia mgliste kolidujące z logiką postępowania? Chaos, z którym się zmaga podmiot, jest jednak w niewytłumaczalny sposób uporządkowany, chociaż to „porządkowanie” przebiega od całości poprzez rozbiór do poszczególnych elementów. Za Kotarbińskim, o czym nie zdaje sobie sprawy, powiela nieświadomie znaczenie prakseologii, „taki poetycki traktat o dobrej robocie” wprzęgając do lirycznego korowodu dodatkowo Heideggera? Chociaż nie jestem do końca przekonany, i traktuję to, jako mylny trop. Z wierszy omawianych widać bardzo wyraźnie kontakty, związki poetki ze śmiercią, bezpośrednio, bo symptomy bólu i przeżywania traumy są bardzo widoczne w tekstach. Stały się głębszą inspiracją do drążenia tego tematu aż do pogranicza mistyki. Aby wyglądało to wiarygodnie poetka musiała posłużyć się oryginalną formą i językiem. Na ile to się jej udało, osądzą  czytelnicy, chociaż nie ukrywam – przejdą przez bardzo zawiły labirynt znaczeń, i zagadek, na które trudno znaleźć odpowiedzi. Przyznam, że i ja nie jestem do końca przekonany swoich spostrzeżeń i wynurzeń. Teksty pomieszczone w omawianej książce sprawiają wrażenie porozrzucanych w nieładzie, zebrane w przypadkowej kolejności jakby od końca do początku? A może tak miało być? Nie jest to książka do jednorazowego czytania, każdy wiersz trzeba dokładnie przemyśleć, bo to, co siedziało w głowie poetki niekoniecznie musiało trafić do wierszy. Demaskacji ani ekshibicjonizmu w wykonaniu podmiotu lirycznego nie dostrzegłem. Ale bardzo skomplikowaną osobowość poetki, z pewnością tak. Bo nie posądzam jej o utopijną kreację, jednak miłość potrafi być przebiegła, w rytualny sposób niczego więcej nie zademonstruje, ani za wcześnie ani za późno. Przy takim rozumowaniu, jakie dostrzegam w omawianym tomie. Ciekawe, z czym poetka chorzowska pojawi się następnym razem. Dzieckiem, czy staruszką? A może tak lubianym przez siebie, „niczym”? Bo brak słów, zamknięte usta, cisza – są najbardziej wymowne w omawianym tomie.
Czytać „Za wcześnie na rytuały” i o nic nie pytać. Bo warto. Języka sobie nie połamiecie, ale umysł jak najbardziej. Powodzenia.
Barbara Janas-Dudek, „Za wcześnie na rytuały” Anagram Warszawa, 2017.   


Jerzy Beniamin Zimny.           
   




niedziela, 11 lutego 2018

Odra wierna jak rzeka




/..../  Na Kamiennej nie ma kamieni, na szparagowej nie ma szparagów. Ktoś niewtajemniczony powie, że w gminie nie mają pomysłu na nazewnictwo ulic. A co powiedzieć na ulicę "Bagienną", na której nigdy nie było bagien. Wiele takich ulic znajduje się w aglomeracji poznańskiej. Dzisiaj odkryłem, że na moim osiedlu jest ulica "Jaskiniowa". Wracam zatem do epoki kamiennej, przez Skórzewo, Batorowo, Wysogotowo wracam. Spotykam łupki, i głazy narzutowe, na turniowej podziwiam panoramę śmietników, zanim wejdę do jaskini, posiedzę w schronie betonowym przy ulicy Bohaterów Westerplatte. Sentymentalna podróż zaskakuje wytworami ludzkiej myśli, wiem, że taki jest przekrój społeczny naszego homo sapiens, nic w tym względzie się nie zmieni. Od liczydła poprzez kalkulatory  do epoki cyfrowej maszynerii, ludzie przestają myśleć racjonalnie. Kto inny za nich myśli. Ktoś dobrze zorganizowany, znający mocne i słabe strony człowieka, wychodzący  daleko w przyszłość . Nie wiem czym to się skończy? Wszystkie źródła energii, zasoby pokładów niezbędnych do życia kiedyś się skończą. A z próżnego to i Salomon nie naleje. Wiara czyni cuda, ale z materią niewiele ma wspólnego.

Przed północą usłyszałem na korytarzu zamieszanie. Dziwne, o tej porze zwykle wszyscy śpią.  Wyglądam na korytarz, nikogo nie ma, a podniesione głosy dolatują bardzo wyraźnie od klatki schodowej. Idę się rozejrzeć i nagle zgasło światło. Ciemność niespotykana, gęsta jak smoła ogarnęła cały budynek. Po omacku wracam do pokoju, wyglądam na ulicę, jest oświetlona i pusta. Budynki obok hotelu też są oświetlone. Co jest u licha z moim światłem.  Mroczną ciszę rozdziera okrzyk: „Jezu”.
Cieniutki głos kobiecy tonuje w dół, po chwili przechodzi w jęk, a na koniec dolatuje z końca korytarza: „Jak miło, jak dobrze”. Nie wytrzymuję, jest mi niedobrze, ciemność i tajemnicze krzyki. Nie da się tego wytłumaczyć, natychmiast. Zbieg okoliczności sprawił, że zgasło światło w chwili uniesienia, w momencie ważnym dla kogoś, może ważnym dla wielu osób. Ktoś coś stracił, żeby ktoś inny mógł  zyskać.
Tak mi przyszło do głowy kiedy nie mogłem niczego sensownego wymyślić.  Nasłuchując dalej, aż do kompletnej ciszy i nagłego pojawienia się światła na korytarzu. Kiedy hotel całkowicie zastygł, wsunąłem się do łóżka, i zasnąłem od razu.
Śniła mi się bliżej niezidentyfikowana postać. W bieli z kapelusikiem na głowie, Bez wyrazu twarzy, wyraźnych kształtów sylwetki, taka cudowna plama, z której można było sobie wyobrazić znajomą w przeszłości kobietę. Może dziewczynę jeśli być w ocenie dokładnym, a może starszą osobę po przejściach. Zjawa, tak ją nazwę, szła po drugiej stronie ulicy Kamiennej, w moim kierunku z koszykiem szparagów. Zbliżaliśmy się do siebie, już byliśmy prawie na styk, kiedy skądś wybiegły pieski, podobne do naszych, i zatrzymały się między nami. Nie wiedziałem kogo przywitać pierwej, osoba w bieli podała mi koszyk i poruszyła ustami, próbowałem odczytać z ruchu warg jej przesłanie do mnie, ale pieski porwały koszyk i zniknęły mi z oczu, dziewczyna, jednak dziewczyna, zanuciła cudowną piosenkę:

Pamiętasz, była zima, duży zamek pod basztami.
Pokój numer dwa i schody drewniane do nieba,
pamiętasz, tańczyliśmy walca wiedeńskiego,
nie było końca muzyki i końca miłowania.

Nie wiem, czy we śnie można usłyszeć muzykę? Ja słyszałem,   i sąsiad śpiący obok słyszał, przysięgał to rano na swoją matkę.
Nie wiem czy obudził mnie ten śpiew, czy dopiero rano odtworzyłem sobie ten sen. Niemożliwe, gdyby nawet, to szczegóły snu nie byłyby tak wyraziste, tak barwne i dźwiękowe. Jedno jest pewne, scenariuszem do snu stały się wypadki o północy, krzyki i jęki na korytarzu, ciemność panująca przez kwadrans. Stan emocjonalny udzielił się we śnie. Czy to możliwe.
Wychodząc do pracy zostawiłem klucz do pokoju w recepcji. Dziewczyna spojrzała na mnie tajemniczo, obejrzała mnie od stóp do głowy, pokręciła głową i wyrzekła:
   - Podobno w nocy miał pan kogoś u siebie? Koleżanka z nocnej zmiany mówiła, że słyszała muzykę  w pańskim pokoju, tańczył  pan z kimś? Była ciekawa, kto wyjdzie rano z hotelu, nikt nie wyszedł, więc ta pani pewnie jeszcze śpi, w pańskim pokoju?
   - Może pani zajrzeć – odrzekłem wskazując na klucze leżące na blacie – niech pani zajrzy, może będą jakieś ślady nocnych libacji? Jeśli nie, to pójdę dać na mszę, możliwe, że któraś z moich byłych dziewczyn prosi o modlitwę. Tak mi się zdaje, albo któraś przyszła z zaświatów dokończyć romans.
   - Ma pan fantazję, ale sprawdzę z ciekawości, różne rzeczy się zdarzają, świat jest metafizyczny w przekazie, dla niektórych osób. Sztuka jest tego wyrazem, jest pan artystą?
   - W pewnym sensie – przypomniałem sobie nocne wydarzenia – nie mogłem nie zapytać o to, co wydarzyło się przed północą, Dziewczyna wybuchła śmiechem, zarysowała w powietrzu palcem serduszko, i westchnęła:
   - Ktoś stracił w nocy cnotę, a ktoś  został mężczyzną. To też się panu śniło?
   - Dwa sny jednej nocy, i jedno spotkanie o poranku. Dużo jak na moje sterane serce, mogę wytrzymać czyjąś nagłą śmierć, mogę być przy narodzinach, ale cudzych orgazmów nie zdzierżę. Chyba, że mają swój szczęśliwy koniec przy ołtarzu. Po drodze wstąpię na plebanię i dam na mszę. Miłego dnia.
Medium ze mnie, nie od dziś to czuję. O dzieciństwa nachodzą mnie przypadki trudne do wyjaśnienia. Zdolność przewidywania rozwoju zdarzeń, wyprzedzanie pewnych faktów, szósty zmysł i predyspozycje intuicyjne. Wyczuwam na odległość złego człowieka, złe zamiary inny ludzi, nie raz wykluczam z mojego kręgu kogoś, kogo dotąd lubiłem.  Mam z tego powodu wiele nieporozumień i przykrości.  W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że miałem rację. Hotel jak hotel,  wszystko może się w nim zdarzyć, nie zazdroszczę właścicielom tego biznesu. Brudny biznes, brudne pieniądze, bo nie wiadomo skąd pochodzą. Zaraz po upadku muru berlińskiego, ruszyła lawina chłopaków na zachód, po swoje jak mówili, za krzywdy rodziców. Teraz kiedy opadły emocje, wszystko wróciło do normy, życie toczy się innym torem. Innym korytem płyną rzeki przyjaźni. I poezja stała się internacjonalna, a tak nie chciała być taką w socjalizmie? Poeci wszystkich krajów łączcie się. Prozaicy nie musicie kłamać, nie trzeba już ukrywać między wierszami prawdy. Żadnej władzy nie powinniście służyć, ani żadnej idei. Wartości humanistyczne należy wynosić do rangi świętości. Ekonomiści pracują nad tym samym, robią wszystko aby nikt nie chodził już głodnym.
Przy okazji jakiegoś wydarzenia, zawsze mam takie wywody, diabła warte, ale coś wnoszą do procesu pojmowania sztuki, mimo że nie wiadomo, co jest nią dzisiaj. Jakie wartości liczą się najbardziej /...../

fragment powieści,  "Róże z Montreux"


wtorek, 6 lutego 2018






Pępek świata w szkolnym ogródku.



Każdy chłopiec pragnie szybko dorastać, Pragnie być wysokim mężczyzną, w mundurze, siedzieć za sterami samolotu, albo mieć przy sobie prawdziwy pistolet i ścigać przestępców. Każdy mężczyzna, kiedy wchodzi w "wiek niedojrzały" pragnie być małym chłopcem, najlepiej "Dzidziusiem" przyklejonym do matki, i zwykle do ojca ma jakieś pretensje za to, że mało się nim zajmował.

Zdzisław Antolski w roli "Dzidziusia" - to chyba jakiś żart, autor "Metafizycznej maszyny", i kilku innych mocnych książek prozatorskich, założył krótkie spodenki z szelkami, berecik z pomponikiem i zaczął biegać w sieci za urokami wczesnego dzieciństwa.  Panie z politowaniem patrzą na chłopa, inne podfruwajki widzą w nim cnotliwego, dorastającego młodzieńca, a tacy sami jak on, w wieku zapieckowym, posądzają o ostatnią fazę zachwiania równowagi literackiej. Skoro zdecydował się na ponowne bieganie po podwórkach i strychach, to nic innego z nim być nie może.  Chyba, że niespodziewana miłość trafiła w siwą skroń chlubę spod kieleckich Pełczysk?

"Intymne wyznanie na najwyższym diapazonie emocji" pisze we wstępie Agnieszka Herman, i przekonuje czytelnika, że jest to katharsis poprzez słowo. Tu można się zgodzić, tam można zadać autorowi szereg pytań, dlaczego tak bez przysłony przedstawia swoje słabostki, fakty bez cenzury, swój stosunek do najbliższych, będący skutkiem dramatycznego dzieciństwa. Poeta przy piwie, z kolegami - to nazbyt oczywiste, ale bohater w szkolnym ogródku poszukujący małego kamyczka milowego, to już nie żarty. W miarę przybywania centymetrów, bohater zagląda pod sukienki, zaczyna rozumieć, czym jest mężczyzna w otoczeniu, a na końcu, dostrzega swoją poetycką powinność.

Jest to książka, którą się czyta i nie komentuje, bo komentować czyjeś dzieciństwo to swoje ignorować. Tego nie chcę, i nie chcę też wywlekać podtekstów, które w wierszach nie stanowią dla czytelnika tajemnicy, kamuflaż jeśli tutaj występuje, to jest wyjęty żywcem z prozy, bo prozaik nie potrafi kłamać, nawet, kiedy okłamuje czytelnika? 

Kiedy poeta wraca do dzieciństwa, wtedy dopiero poważnieje, zaczyna ograniczać używki, nie leci na byle temat, zadawala się informacją o wymianie torów tramwajowych lub zachwyca się powrotem bocianów do Pełczysk? Czytam poezję Antolskiego, niezwykle dojrzałą, nośną atystycznie, a przy tym dostępną w przekazie, bez konieczności  posiłkowania  się słownikami.  A lekkość składniowa,  płynnie plynące frazy - w sam raz na moje szarzejące się komórki. Komu w drogę, temu Antolski?

Jerzy Beniamin Zimny.





niedziela, 24 grudnia 2017

życzenia świąteczne



Niechaj gwiazda wigilijna nigdy nie zagaśnie,
niech poezja padnie tego dnia na kolana
jak strapiona losem swojego dziecka - matka,
Niechaj trwa kolęda nocka na wysokościach
a Pasterka zakończy się odnalezieniem siebie
po latach tułaczki, po latach szukania drogi
prowadzącej do nieustannego szczęścia.


24.12.2017








sobota, 9 grudnia 2017

Cisza gwałtowna








/..../
Lato przeleciało jak jaskółka. Czarny sztylecik z piosenki Stana Borysa, Z mojej piosenki wylatują szpaki czerwonodziobe, awanturnicze jak mieszkańcy hotelu robotniczego w Podjebradach. 
To powiedzonko chodzi za mną od czasu pobytu w Czechach nad Łabą  u szwagra, kiedy to port tam budował, budował z niemałym skutkiem a my oboje z żoną, maluchem gnaliśmy z niesprawnym sprzęgłem na wakacje. Tamte lato, z tym poznańskim wiele ma wspólnego - zrobiło ze mnie turystę handlowego, bo gdziekolwiek teraz jeździmy z Jankiem, zaglądam do swojej pamięci i doszukuję się związków w przeszłości z miejscowościami leżącymi na trasie przejazdu.  Jakoś na naszych trasach handlowych zabrakło: Ciechocinka, Aleksandrowa Kujawskiego, chociaż zaglądamy często do Włocławka. Nawet nie myślę o Łucji po tym, jak mnie potraktowała, nie myślę o Stedzie, ale czytam, co jakiś czas "Całą jaskrawość".  Zachodzę w głowę, jakim cudem Witek nigdy nie był w Zdroju? Tak pięknie umocowany w klimacie ciechocińskiej warzelni soli. Sól jakby cukier w tej powieści, cukier zmieszany z mułem wodnym i papierosowym dymem, znaczącym obecność poetów na tym padole. Podłym jak talerz niskokalorycznej zupy podczas fizycznej pracy: w lesie, nad stawem, na łące. Wszędzie gdzie poeta zarabia na życie, i gdzie tytułują go: "Pan poeta", tak jak tytułują mieszkańcy Lasków Odrzańskich, Mietka Warszawskiego, "naszego poetę, naszego pismaka", który pisze podania do urzędów lepiej od niejednego prawnika. 
   Lato przeleciało jak migrena żony, bez znieczulenia, bez epitetów politycznych, zwyczajnie jak poemat o kwitnących ogrodach, od wiosny aż do jesieni. Tak żyją poeci, kwitnąc wielorako, wielobarwnie kwitną niezależnie od pory roku, ale na czarno umierają, nic w tym względzie od wieków się nie zmieniło. Teraz, kiedy poznaliśmy kapitalizm, wydaje nam się, że będziemy nieśmiertelni za ten nasz liryczny socjalizm. Nasz socjalizm? A niby czyj miał być? 
   Wiara czyni cuda, cuda zdarzają się bardzo rzadko. Mój cud tej jesieni ma postać wnuczki, która wita mnie każdego dnia piosenką z mojego dzieciństwa.  Rośnie jak sekwoja, dziewoja poznańska, rośnie dla nas starych już ( tak mówi Janek) za każdym razem kiedy przejeżdżamy przez Kargowę. Słodkie miasto jak moja wnuczka.
   Czas ma swoje zalety, rozglądam się codziennie i dostrzegam zmiany, jak grzyby po deszczu wyrastają nowe obiekty. Sklepy, markety. W naszym domu remont za remontem, życie to jedna wielka budowa i targowisko próżności. Jeśli chodzi o poetów, mógłbym rzec - Rynek Jeżycki gdzie jeszcze królują starocie. Ale nowe przebija się coraz skuteczniej. Tylko patrzeć rewolucji technicznej, poleje się biała krew bezużytecznych przedmiotów.

   Nie wiem, komu dziękować za demokrację. Janek mówi, że powinienem samemu sobie. Ale z tym dziękowaniem trzeba uważać, wszystko jest względne, na początku piękne i ma ludzką twarz, ale z czasem robi się szorstkie jak polerowana powierzchnia kamienia, który wietrzeje. Może właśnie, dlatego upadło w przeszłości tyle systemów opartych na tradycjach wolnościowych. A systemy dyktatury, jedynowładztwa, całe imperia monarchistyczne - też z czasem upadały. Czyżby każdy rozwój miał swój nieuchronny koniec? Przyglądam się mojej cywilizacji opartej na tradycjach patriotycznych, w jakim jest opłakanym stanie? Jeszcze z rozpędu wspominamy naszych przodków, a już na horyzoncie pojawiają się inne wartości. Często zastanawiam się kogo chciałbym jeszcze raz spotkać na swojej drodze?  Wujek Michał, uczestnik dwóch wojen światowych.  Nigdy nie rozmawiałem z nim dłużej jak kwadrans, i to na tematy bieżące. Kiedy zamieszkał z żoną w "Domu Weterana" nie odwiedzałem go zbyt często. Szkoda wielka dla mnie, tematy uciekły wraz z jego śmiercią. Człowiek mądry po szkodzie, jeszcze mądrzejszy kiedy próbuje naprawić błędy popełnione w przeszłości. Chciałbym jeszcze spotkać Alicję z krainy czarów, czarnulę wyjętą żywcem z baśni, i Gustawa, który za Olzą bronił socjalizmu aby proletariusze kilku krajów nie musieli się rozłączać. Chciałbym raz jeszcze zobaczyć Zenka w mundurze górniczym spacerującego po Krośnie, chciałbym mu zasalutować w mundurze pancerniaka. Chciałbym spotkać innego górnika, Franka z Wałbrzycha. i zagrać z nim na gitarze: "zielone pola". Jeszcze kogoś czystego jak pierwszy śnieg tej zimy. Płci obojętnej, bo anioły nigdy nie grzeszą. 
   W mojej głowie na przemian burze i cisze gwałtowne. Czy cisza może być gwałtowna?  Może, w poezji cisza jest najbardziej wymowna milczeniem. Jak miłość bez słów, nieoczekiwana jak śmierć nad ranem, i zmartwychwstanie dla samego siebie kiedy zawiodły wszelkie hamulce przyzwoitości lub rozsądku. To się zdarza poecie, to nie powinno się zdarzać nikomu, ponieważ rozum posiada szczególny dar przewidywania, chyba że jest karmiony używkami. Wtedy nawet rodzona matka nie pomoże. Jesteśmy jakimi nie chcemy być, albo nigdy nie będziemy sobą, nawet w lustrze.

/......../

(fragment powieści pt. ( "Róże z Montreux" )

środa, 6 grudnia 2017

morskie róże



 
 
  
Chodzi boso, nie wybiera ścieżek
brnie po kostki w piachu
zawsze zdąży uciec przed piórem
poety, któremu pozostaje miraż.
    


Uciekła nie wiadomo dokąd, może wiatr
ją poniósł do miejsc pięknych skojarzeń,
a może utonęła jak różany płatek w wodzie.
Szukam i nie znajduję, nadziei nie tracę.







MLP 2017



Międzynarodowy Listopad Poetycki w Kościanie zawsze ma profesjonalną oprawę.  Centralnym jego miejscem jest "wielopokoleniowe" Liceum nr I im. Oskara Kolberga. Jak przystało na patrona, liceum posiada charakter artystyczny (czyli jak podkreślano tutaj - "ogólnokształcący"). Jako uczestnik, nie spodziewałem się takiej oprawy, w której było wszystko: poezja, muzyka, piosenka i rysunek  a także wokal przy akompaniamencie   instrumentów stroikowych i strunowych. Podczas spektaklu na sali obecni byli  członkowie dyrekcji Liceum, pedagodzy i utalentowana artystycznie młodzież. 

Moje spotkanie trwało dwie godziny lekcyjne ( dłużej niż planowano) ponieważ uczniowie byli dobrze przygotowani tematycznie zwłaszcza w dziedzinie prozy i krytyki literackiej, zdążyłem przeczytać zaledwie dwa wiersze z mojej nowej książki pt. "Księga Wyjść".  Uczniowie wybrali kilka moich  wierszy sprzed  lat, znalezione w Internecie.
Prelegenci przedstawili historię Międzynarodowego Listopada Poetyckiego, wybitnych literatów z nim związanych, ocenili jego znaczenie,  jako jednego z największych i najważniejszych nie tylko w kraju. Mimo przeszkód i wymuszonych przerw w latach osiemdziesiątych minionego stulecia.

Piotr Prokopiak prezentował środowisko literackie w Zespole Szkół Ponadpodstawowych, Barbara Tylman gościła  w Szkole Podstawowej.  Miała ze sobą swoje  książki pisane dla dzieci i młodzieży. W Bibliotece dyskutowaliśmy o dorobku naszego kolegi, Piotra, który imponuje wybitną wrażliwością poetycką, z przyjemnością wysłuchałem kilku jego tekstów pochodzących z ostatniego tomu, który ukazał się latem tego roku.
Kościan, miasto dobrych wypieków, i niegdyś - mleka i masła, także wędlin i mięsa. Przypomnę zakład tytoniowy i wiele innych, których już nie ma lub jeszcze funkcjonują w nowych strukturach gospodarczych. O czym mogą rozmawiać ludzie w "słusznym wieku",  O latach swojej młodości a ta nieodłącznie jest związana z miastem, ulicą, szczególnymi punktami, które zawsze stanowiły i stanowią jakiś punkt odniesienia do teraźniejszości. Punkty, których najczęściej już nie ma. Nowe punkty wyznaczają młodzi ludzie, absolwenci Kościańskiego Liceum, miałem okazję się przekonać jakie wartości już prezentują. Wzruszony opuszczałem stare mury Liceum, w których zawsze panowała i panuje - młodość: przyszłość tego miasta.

Jerzy Beniamin Zimny



za I. LO w Kościanie:



„Najpiękniejszą poezją są właśnie takie chwile, jakie spędziłem tutaj"






Te niezwykłe słowa napisał poeta Jerzy Beniamin Zimny w Księdze Pamiątkowej Szkoły po lekcji poetyckiej zorganizowanej w Kolbergu z okazji XL Międzynarodowego Listopada Poetyckiego.
W środę, 8 listopada br. w naszej szkole odbyło się kolejne już spotkanie w ramach  Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. W tym roku naszą społeczność odwiedził Pan Jerzy Beniamin Zimny - poeta, prozaik, krytyk oraz recenzent, który w tym roku wydał już kolejny tom wierszy pt. „Księga wyjść”.
Uczestnikami tegorocznej lekcji poetyckiej byli uczniowie klas: 1f, 2d, 2f oraz reprezentanci szkolnej gazety “In Abstracto”.
Nasze spotkanie rozpoczęło się odegraniem przez Karinę Dudziak z kl. 1e (klarnet) oraz Zofię Potok z kl. 2f (skrzypce) melodii piosenki „Lubię wracać, tam gdzie byłem”, która idealnie obrazuje, jak bardzo lubimy powracać do naszych corocznych spotkań.
Następnie Daria Nyczka z kl. 2d zaprezentowała swoją interpretację wiersza Tadeusza Wywrockiego „Jak nie kochać jesieni”.
Poznaliśmy historię Międzynarodowych Listopadów Poetyckich, które są uznawane za największą i najbardziej elegancką imprezę literacką nie tylko w skali krajowej, lecz w wymiarze europejskim, a w tym roku przypada już ich XL edycja.
Kolejnym punktem spotkania były: gra na flecie - uczennica klasy 2d Irmina Stasik oraz
interpretacja wierszy samego poety - uczennice z tej samej klasy: Klaudia Pawlak oraz Agnieszka Chomska. Pan Zimny był niezwykle zaskoczony, zaciekawił go wybór  wierszy, stwierdził, że „widać tu zainteresowanie postmodernistyczną literaturą”.
Po artystycznym wstępie rozpoczęła się lekcja poetycka, organizowana już po raz jedenasty w murach naszej szkoły. Poeta przedstawił krótką historię zaprezentowanych utworów muzycznych oraz poetyckich. Wspomniał także o swojej nauce gry na skrzypcach, nawiązując do początku naszego spotkania.
Spotkanie było niezwykle interesujące. Jerzy Beniamin Zimny nawiązał do różnych dziedzin życia. Wytłumaczył nam różnicę między twórczością poety i prozaika. Według naszego Gościa: “Prozaik to osoba autentyczna do bólu. Natomiast poeta jest jak dziecko pełne fantazji, które kreuje postać na zasadzie swojego przeciwieństwa: jeśli poeta jest osobą słabą fizycznie, stara się stworzyć podmiot liryczny jako kogoś silnego”. Dał też radę dla początkujących pisarzy: „Liczy się jakość, nie ilość”, wspomniał o błędach, które pisarze najczęściej popełniają w swych dziełach. Stwierdził również, mówiąc o inspiracji, że “nie ma weny, jest złudne uczucie, pewien stan podświadomości”. Polecił nam także dzieła współczesnego polskiego poety- Romana Honeta.
Pan Zimny zwrócił uwagę na  zmieniające się upodobania młodzieży, dotyczące czytania książek- 5 lat temu dużym zainteresowaniem cieszyły się książki J. R. R. Tolkiena, natomiast teraz jest to na przykład dzieło George`a  R. R. Martina „Gra o tron”.
Na koniec poeta przeczytał kilka swoich wierszy i odpowiedział na pytania zadane przez uczniów, dotyczące między innymi krytyki w stronę jego dzieł czy inspiracji muzycznych.
Gość otrzymał pamiątkowy portret wykonany przez uczennicę klasy 2d Weronikę Nastawną oraz kwiaty. Spotkanie zakończył występ Adriana Gbiorczyka z klasy 2d i Jakuba Janowicza z klasy 2a. Wykonali oni piosenkę zespołu Lady Pank pt. „Zawsze tam gdzie ty”.
Po pamiątkowych zdjęciach i wpisie do Księgi Pamiątkowej, pożegnaliśmy Pana Zimnego i tym samym zakończyliśmy kolejną lekcję poetycką w ramach Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w naszej szkole.
Ogromne podziękowania należą się Pani Agnieszce Podgórskiej oraz tegorocznym organizatorom spotkania - klasie 2d. Lekcja ta również nie mogłaby mieć miejsca bez współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną im. Adama Tomaszewskiego w Kościanie, dzięki której mieliśmy możliwość poznać twórczość Pana Jerzego Zimnego, poszerzyć nasze humanistyczne horyzonty, spędzić czas w miłej atmosferze.
„Poeta jest odporny na wszystko, ale czuje się zażenowany, kiedy spotyka tyle miłości i szacunku na raz. Jeśli Kościan jest poznański, to ja odtąd będę kościański. (...). Najpiękniejszą poezją są właśnie takie chwile, jakie spędziłem tutaj”- Jerzy Beniamin Zimny we fragmencie wpisu do Księgi Pamiątkowej Szkoły. 

Dorota Michalska,  Weronika Szymanowska, klasa 2d 
Zdjęcia: Blanka Kubera, Olga Szlachetka  klasa 2d

piątek, 10 listopada 2017

I. konkurs im. Eugeniusza Paukszty, rozstrzygnięty.


    fot. Andrzej Walter



Powroty do przeszłości

     Na I. konkurs poznański, imienia znanego pisarza, Eugeniusza Paukszty, nadesłano 35 prac, z których większość dotyczy zagadnienia egzystencji w bezpośrednim środowisku zamieszkania bohaterów opowiadań, jak i samych autorów zaangażowanych w narrację, bardzo często sięgającą do retrospekcji, w sposób sytuacyjny, z udziałem przywoływanych postaci z przeszłości. Narracyjne apogeum ( graniczące z mistyfikacją, przekraczające granicę konfabulacji) zademonstrowała laureatka głównej nagrody, Pani Elżbieta Stankiewicz - Daleszyńska, posługując się klasyczną personifikacją dotyczącą nie tylko świata zwierząt. U niej żyją nawet mury, duchem minionego czasu. Ciekawa i pełna wynurzeń filozoficznych, jest jej miejska wyprawa do urzędu wymiaru sprawiedliwości (fabuła opowiadania) w towarzystwie mitycznych osób, owianych nutką tajemniczości, w czasie bardzo zróżnicowanym - w zależności od mijanych szczególnych miejsc i obiektów, z których każdy ma dla autorki bardzo bogaty bagaż wspomnień i doświadczeń.  Z autopsji i z opowiadań przodków.
Proza to wielce wytworna, i tylko na pozór trudna do zrozumienia, metaforyczność jakże wyszukana, są momenty, w których czytający ma wrażenie obcowania z poezją. Zatem można, a nawet trzeba zaliczyć laureatkę głównej nagrody, do grona pisarzy tworzących prozę artystyczną.  Bez przekraczania cienkiej granicy między poezją i prozą.
W podobnym tonie i w fabule zbliżonej wypowiedziała sią Barbara Kęcińska - Lempka, laureatka pierwszego wyróżnienia, znana w kręgach literackich Poznania z publikacji poetyckich i prozatorskich, od wielu, wielu lat. W nagrodzonym opowiadaniu snuje opowieść o dawnym Poznaniu w fascynującym dialogu ze swoją babcią. Podobieństwo obu nagrodzonych opowiadań jest bardzo wyraźne, przy czym narracja i język, to już zupełna odmienność, co zrozumiałe albowiem pani Stankiewicz-Daleszyńska od dawna bryluje swoją bardzo oryginalną prozą i jest znana nie tylko w środowisku poznańskim.
Drugie wyróżnienie przypadło autorce z miejscowości Łubowo w woj. Zachodniopomorskim, Pani Grażynie Wallefeld, za pracę pt. „ LOSY opowiadania rodzinne”, napisaną z nadzwyczajnym wyczuciem literackim, jeśli chodzi o język scalający fragmenty opisowe z fragmentami relacji odtwarzanych z pamięci, lub z przekazu starszych pokoleń, zwłaszcza, jeśli jest mowa o losach ludzi pochodzenia żydowskiego w czasie drugiej wojny światowej. Autorka starała się pokazać czytelnikowi inne, nieznane dotąd oblicze wojny, jaka toczyła się obok tej nacechowanej śmiercią, walka o życie miała charakter pomyślunku, sprytu głównego bohatera, który wychodził z każdej opresji dzięki swoim umiejętnościom manualnym.  „Złota maszyna” do szycia jest symbolem przetrwania narodu żydowskiego, mimo skutków zbrodniczej machiny wyniszczającego holokaustu.
Niezwykle zaskakująca puenta: „ gdyby diabeł nie spowodował tego, że nie jesteśmy w stanie wejrzeć w swoje życie byłe i przyszłe, gdyby ministrowie boży nie wypaczyli dla swoich korzyści tory, biblii i koranu, nie byłoby tego, co jest na świecie teraz. Zaś Mojżesz, Chrystus i Mahomet zastanawiali się gdzie popełnili błąd”.
Niewątpliwie, proza Grażyny Wallefeld może znaleźć się w szerszych kręgach zainteresowań czytelników, autorka pracuje we własnym gospodarstwie rolnym a literaturę traktuje, jako intelektualne dowartościowanie osobistego i zawodowego życia.  Trzeba mieć nadzieję, że na tym nie poprzestanie i to wyróżnienie potraktuje, jako zachętę do dalszej pracy.
Próżno wśród nadesłanych prac szukaliśmy klasycznej prozy poetyckiej,  tego co obecnie jest bardzo popularne wśród młodych poetów, do których już nie przemawia klasyczne wersowanie  mowy wiązanej, poszukują oni długiej frazy, uciekają od metafory, ale znaleźli dla niej nową funkcję obrazowania sytuacyjnego, co stanowi – ową - cienką granicę pomiędzy prozą i poezją.
Nagrodzeni: Barbara Tylman, Krzysztof Galas, i Piotr Bagiński są znani przede wszystkich z pisania poezji, Bagiński nadesłał bardzo ciekawy esej, w którym porusza problem ludobójstwa będącego jakby odpryskiem wszystkich zbrodni popełnionych w czasie drugiej wojny światowej i bezpośrednio po jej zakończeniu.  Dwa wątki, retrospekcje z okresu edukacji, nawiązanie do wybitnych postaci poetyckich, przedstawicieli okresu Orientacji Hybrydy, okres poznański Bagińskiego daleki jest od spodziewanych osiągnięć.
Barbara Tylman, poetka z Rataj odnalazła się w prozie z bardzo pozytywnym skutkiem, opowiadanie pt. „Znajda” jest próbą spuentowania sytuacji, która może się zdarzyć w każdym bloku mieszkalnym, gdzie bezdomność przestaje być problemem po przekroczeniu właściwego progu. Tylmanowa od dawna publikuje małe formy prozatorskie, od większego dzieła dzieli ją już tylko krok, jej poezja na tym nie ucierpi, bowiem proza umacnia autora w kształtowaniu własnego języka, przechodzenie z jednego gatunku do drugiego nie stanowi żadnego problemu, konkurs w tym przypadku - jego skutek pozytywny dla autorki, jest sygnałem do nowej drogi. Nic nie stoi na przeszkodzie, co może potwierdzić Krzysztof Galas, poeta znajdujący czas na pisanie ciekawych felietonów i opowiadań, jego praca konkursowa obrazuje proces dorastania młodego człowieka w warunkach wzrokowych ułomności, bardzo ciekawe studium na temat dochodzenia do obrazu i przekazu przy pomocy intuicji, bodźców zewnętrznych i posługiwania się alfabetem na dotyk. Krzysztof Galas ma duże doświadczenie dziennikarskie, stoi obecnie przed największym wyzwaniem, jakim będzie jego dalsza twórczość, w której proza znajduje coraz więcej miejsca.
   Pierwsza edycja konkursu prozatorskiego im. Eugeniusza Paukszty już za nami. Oczekiwania organizatorów po części zostały osiągnięte, spodziewaliśmy się jednak tematyki bardziej współczesnej, większego autentyzmu i bardziej zaczepnego zaangażowania autorów. Tymczasem obserwujemy bieganie po podwórkach przeszłości, wysyłanie bohatera bądź narratora po wiadomości z drugiej ręki, popadamy w opisy świata, którego już nie ma, powracamy w przeszłość bez przekonania o takiej konieczności? W minionym ćwierćwieczu - bardzo dynamicznym - znajduje się wiele punktów zaczepienia dla prozaika, tymczasem obserwujemy u naszych autorów kreowanie metafizycznych postaw, przywoływanie osób mających spełniać wątpliwą rolę bohatera?  Tutaj, w tym miejscu mam najwięcej wątpliwości czy oczekiwania organizatorów zostały zaspokojone? Eugeniusz Paukszta tyle miał do powiedzenia, że o inspiracje tematyczne nie jest trudno. W nowej rzeczywistości powinna rodzić się nowa proza, wszak wraz z otoczeniem zmienia się także człowiek, w tym przypadku także czytelnik. Korzystanie z języka nie kończy się na jego zasadniczej funkcji przekazu, jest w nim coś więcej, co nam w jakimś stopniu umożliwia proza laureatki głównej nagrody.

Poznań, 7 listopada 2017.

  

czwartek, 2 listopada 2017

Ostatni tom - wyzwolenie


Księga ucieczek

Oceniać własną książkę, to posługiwać się tępym ostrzem przy goleniu.
Stoję przed starym lustrem, które powiesiłem nad umywalką ćwierć wieku temu. Lustro nie oddaje moich zmarszczek, nie widać w nim uśmiechu, skrzywione usta od bólu - bo zarost jest coraz twardszy, a pianka zmiękcza jedynie  skórę, która przypomina płatki zwiędłego kwiatu.

Tytułem wstępu zahaczyłem o łazienkę, miejsce gdzie nigdy nie rodzą się moje wiersze. Bo zmywanie brudu jest zajęciem codziennym, a poezja zawsze była i jest dla mnie od święta. Wielkiego święta, przy rodzinnym stole, bez fanfar i poklepywań, zwyczajna jak chleb ciężko wypracowany i szklanka czarnej herbaty, nad która krążą liryczne słowa wypowiadane coraz częściej w próżnię.
Ucieczka pierwsza - od młodości , Nie musiałem uciekać, jedynie w początkowej fazie to robiłem, z biegiem lat przybywało wzniesień wraz z ubywaniem optymizmu mimo zniesionych z powierzchni ziemi politycznych murów, W tym rozdziale dominuje miłość, która bez młodości nie może się obejść. Jeśli ktoś wierzy w jej nieśmiertelność, ten za życia spoczywa w pozycji woskowego wieszcza.  I poszukuje nowych inspiracji, zmienia swoją skórę, aż popada w bezruch i śmierć nie musi zbytnio się nad nim trudzić.
Ucieczka druga - od miłości. Jest najdłużej trwającą ucieczką, codzienną próbą charakteru, rozpatrywaniem ofert wyłapywanych przez podświadomość. Oczy są ślepe, dotyk jest nieczuły, system nerwowy bez zasilania, tylko kołatanie serca - w poezji  jest to odruch warunkowy, kreacja możliwej sytuacji, lecz zanim dojdzie do zdarzenia, pojawiają się nowe obrazy, barwniejsze, zachęcające do dalszych poszukiwań. 
Miłość w mojej ostatniej książce jest wiecznie żywa i namiętna, taka od której trzeba uciekać, aby przeżyć, przełożyć na papier kolejne liryczne doświadczenia. Cielesność  trafia jedynie do snu, lecz  po przebudzeniu nie ma po niej  nawet mokrej plamy. 
Miłość i poezja, nigdy nie idą w parze. Zawsze jedno z nich musi być doskonalsze, kosztem drugiego,  Dlatego po równo - tyle miłości powierzchownej ile poezji doskonałej i na odwrót. Można się z tym nie zgodzić, w książce zawarłem próbę odpowiedzi na to dręczące od wieków poetów, pytanie.
Ucieczka trzecia - od poezji. Wszelkie jej próby na nic się zdają. Dzisiaj zmianom uległy proporcje między poezją wartościową a jej produktem masowym. Masowość wspierana przez społeczne zaangażowanie środków. Jest tego bardzo dużo, społeczność martwi się o wycinane lasy a nie dostrzega drzew w stosach poetyckiej makulatury. Jest też inna ucieczka od poezji, moja ucieczka człowieka zjadanego przez żarłoczne metafory, przez formaty języka, przez narrację nacechowaną obscenicznością, przez obowiązujące kanony nie kolidujące  z duchem czasu,  To, co jeszcze pozostało ze mnie, oddam prozie, bo na to zasługuje, i młodym poetom, którzy muszą się przebić przez zwały szmiry i  tandety.
Ucieczka czwarta - od samego siebie, od ludzi na ekranie, od myśli zakapturzonych jakąkolwiek ideą, ucieczka do miasta, powrót do centrum, tramwajem, częste postoje na leśnym parkingu w drodze do  miejsc , które nie przypominają Wieży Babel. Ucieczka od wieczornych spotkań w zadymionych pomieszczeniach, gdzie jedynym punktem programu jest zgromadzenie wyrostków robaczkowych, gdzie gitara brzmi po swojemu, a kawa smakuje bo musi. I tak dalej. 
Ucieczka czwarta - adresowana jest do każdego poety bez względu na wiek. Aura, otoczka własnej osobowości, niech ją wiatr rozwieje, dym przegoni sztuczne zapachy, deszcz przemyje skórę.  Jakim jesteś dzisiaj nie musisz być jutro, jakim byłeś wczoraj - na pewno doskonalszym, bo z wiekiem się wietrzeje jak wino w otwartej butelce, a słowa giną w powodzi bełkotu.
Ucieczka piąta -  z tego świata, wspólnego – najpierw w azyl, potem w jarzmo atmosfery jedności, a na końcu do sznura lub na tory. Jak wszystko inne niemodne naśladownictwo, więc trzeba sobie wymyśleć oryginalny koniec. Z poetyckim orszakiem, odpowiednią przemową, udawaniem ofiary.  W moim przypadku śmierć poetycka będzie bezkrwawa, zwyczajna jak wyjście z domu bez zamiaru powrotu.
Proszę nie oczekiwać ode mnie świadectwa choroby, ani żółtych papierów. Można być zupełnie normalnym aby budzić najgorsze podejrzenia. Z wierszy to wszystko wyczytacie, swoje losy, to co się z nami stanie w przyszłości: // trzeba się pozbyć krwi, aby napełnić świadomość pięknem. Ofiary wymaga jaskółka, tego samego pragnie czysty strumień, krwi potrzebuje blada ściana i matowe biurko. Sytuacje liryczne są  różne, ale prowadzą w to samo miejsce oznaczone czarnym punktem //.

Księga Wyjść, Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2017 r.